Do niedawna trudno mi było uwierzyć, że śmierć można oswoić. Wydawało mi się to najmniej oczekiwane, a jednocześnie najbardziej graniczne doświadczenie ludzkie, budzące w większości z nas strach, niepokój i niechęć. Bliskie było mi przekonanie, że najlepsza śmierć to ta gwałtowna, „z buta” i bez świadomości. Rozmawiałam w ostatnim roku z wieloma osobami, które w różny sposób ze śmiercią obcują w swojej codziennej pracy albo sami są w procesie leczenia. Dzięki nim wiem, że śmierć nagła może oznaczać niedomknięte życie, zostawione z dnia na dzień życie i bliskich, dla których nic już nie będzie takie samo. Hucznie świętujemy narodziny, a zdjęcia maluchów wrzucamy na portale. Ogłaszamy światu, że zaczęło się nowe życie. Kolejne wydarzenia także są odznaczane z dużą atencją i w towarzystwie przyjaciół i rodziny. Nie tylko ślub, ale i divorce party oznacza symboliczne przejście z jednego życia w drugie. No i ciśnie się pytanie: co z tą śmiercią? Gdzie jest jej miejsce?
Osoby przewlekle chore, którym dane jest domykanie życia, mówią o zachwycie chwilą i radości z każdego kolejnego dnia. Trudno zaprzeczyć, że śmierć to taka sama część życia jak narodziny więc tym kontekście nie dziwi choćby pamiętanie o bliskich w rocznicę ich odejścia. Jest to potrzebne pewnie bardziej nam, żyjącym, niż tym, którzy odeszli. W oswajaniu tego tematu, pomógł mi bardzo cytat z Irvina Yaloma, którym się z Wami dzielę: „Płuca ludzkiego płodu nie oddychają, a oczy nie widzą. Oznacza to, że embrion jest przygotowywany do życia, którego sobie nawet nie może wyobrazić. Czy my także nie jesteśmy przygotowywani do egzystencji poza granicami naszego poznania i poza obszarem naszych snów?”
W takim ujęciu określenie śmierci gwałtownej jako tragicznej nabiera zupełnie innego wymiaru.